Teatr Węgajty
na podstawie opowiadań młodej Marii Dąbrowskiej
Czy ty, czy jo,
to na jedno wychodzi
premiera
25 września 2026
Teatr Węgajty
inscenizacja
Wacław Sobaszek
zespół
Julia Lizurek
Piotr Magdziarz
Wojciech Marczak
Erdmute Sobaszek
Fabian Zeidlitz
Tekst sprzed stu lat, tekst wczesnego dzieła Marii Dąbrowskiej pt. „Ludzie stamtąd” brzmi dziś bardzo mocno. Uroda języka, conradowska głębia stylu, niezwykle udatnie cytowana gwara.
Tytuł wskazuje na konkretną społeczność wiejską z okolic Kalisza, świat ludzi, których egzystencja jest w ciągłym zagrożeniu ekonomicznym, świat robotników rolnych, parobków, biednych chłopów. W lekturze czuje się dużą zawartość materiału badawczego, solidny research w połączeniu z autopsją.
W naszym teatrze rozpoczęliśmy lekturę tego tekstu w trakcie stażu terenowego Wojciecha Marczaka, zainteresowanego społecznością lokalną Węgajt, zwłaszcza ludźmi, którym nie powiodło się na rynku pracy. Wojciech mówił o prekariacie wiejskim poprzez zapamiętane historie swoich szkolnych rówieśników z miejscowości Murzynno na Kujawach.
W lekturze „Ludzi stamtąd” na pierwszy plan wybija się historia Łucji z Pokucic. To historia kobiety, której mąż poszedł na wojnę (japońską, 1905 roku), zostawiając ją samą z dzieckiem, na pastwę nędznego losu. Jako żywo ta historia skojarzyła nam się z herstorią Tatiany Revenko, która – przy wsparciu Teatru Węgajty – stworzyła niedawno performans o losach kobiet, uchodźczyń z Ukrainy i własnym doświadczeniu kobiety pozostawionej przez męża, który poszedł na wojnę.
Na ile lektura Dąbrowskiej może być dziś żywa w jeszcze innych aktualnych kontekstach?
Co oprócz przeżycia tak pożądanej ponoć dziś imersji, zanurzania się w wiejskim świecie, oddanym z zaskakującą sugestywnością i aurą? Istotne jest to, że świat wiejskiej społeczności spod Kalisza rozciąga się w perspektywie quasi-globalistycznej. Sięga niemal aż do Japonii, z jednej strony, a z drugiej do... Hamburgii. Dzięki tej to krainie marzeń ludziom udaje się wydostawać z życiowej, ekonomicznej opresji. Migracja zarobkowa staje się też ratunkiem dla ich godności.
Adaptując teatralnie „Łucję z Pokucic” używamy także fragmentów innych opowiadań. Pojawiają się one w gospodzie Chojnackiego, miejscowym centrum kultury. Tu, jak w tyglu, rozpalają się emocje, dramaty i rytuały. Takie jak słynny podkoziołkowy obrzęd zapustny, opisany w rewelacyjny sposób w opowiadaniu „Szklane konie”.
W pracy podstawową rzeczą jest brzmienie tekstu. Pisarka dostarcza tu ogromu zmysłowych przeżyć. Czytając, słysząc lokalną mowę, rekonstruujemy w trakcie prób – opartych na pracy z ciałem i głosem – pełną skalę organicznego głosu, którego „ludzie stamtąd” używali. Przestrzenność, faktura i siła głosu to wszystko, co jest tak nieoczywiste, trudne, niepojęte dla nas sto lat po powstaniu tekstu.
W ten sposób docieramy do prawdziwych emocji, zarysowujemy rzeczywiste proporcje opowiadanych perypetii oraz sylwetki bohaterów. Najpełniej w spektaklu istnieją dwie dialogujące kobiety: Łucja i Maria (dziedziczka). Inne osoby ukazują się skrótowo, migotliwie: Michał Ziąb, Stachu Kucza, Władysław, Pietrek, dziedzic, Dionizy i „Szatan”.
Jacy oni byli, ci ludzie? Czesław Miłosz doceniał etyczny punkt widzenia Dąbrowskiej, jej wiarę w ludzi stających w każdej chwili życia wobec drobnych zadań i codziennej roboty. Ich „ledwie dostrzegalny, ale jednak heroizm” odbierał jako znak nieustającego odradzania się i nieginącej nadziei.
Tu powraca pytanie o aktualny kontekst. Gdzie w dotykającej nas, coraz bardziej beznadziejnej sytuacji politycznej szukać jakichkolwiek konstruktywnych inspiracji? Może właśnie u „ludzi nieznacznych” (Agnieszka Dauksza) i u „ludzi dotkniętych” (Tomasz Rakowski).
W spektaklu jesteśmy zarówno aktorami, jak i muzykami, grajkami. Oprócz trzymania się ścieżki brzmieniowej tekstu dbamy o to, żeby poruszać się po ścieżce motywów muzyki tradycyjnej, które cytuje autorka. Miała ona, jak się wydaje, ucho do najciekawszych zabytków tej dziedziny muzyki: „Trzeba dać na podkoziołek”, „Oj chmielu, chmielu”, „Smutku, smutku mej żałości”. Z jednej strony są tańce i kuplety ze sklepu Chojnackiego, a z drugiej strony obszar repertuaru dziadowskiego. Skoro ludzie „stamtąd” sami o sobie mówią „dziadoki”, pieśń dziadowska może dotyczyć wszystkich aspektów życia. Można ją usłyszeć w wiejskich narzekaniach, kłótniach w gospodzie, w lamentach Łucji. Próbujemy też wyimprowizować nowe wokalne formy opowieści o dramacie, jaki spotkał Łucję i o tym, jak potrafiła sobie z nim poradzić. Potrzebna jest duża ilość pracy nad słowem, nad dialogami, możliwa dzięki zaangażowaniu już doświadczonych w tym Erdmute Sobaszek i Julii Lizurek oraz młodszych zapaleńców – Wojciecha Marczaka i Fabiana Zeidlitza – ciekawych przygody pokornego pochylenia się nad brzmieniem słów, sylab i głosek. Pomagają im w tym: Piotr Magdziarz (saksofon) oraz niżej podpisany.
Tekst Dąbrowskiej ma szczególną aurę pamięci miejsca. Przywracanie takiej pamięci wydaje się być dziś jedną z tych „nadziei w mroku”, których tak bardzo jako ludzie potrzebujemy. Ale czy można dotrzeć do pamięci tamtego świata? Bo ludzkie zwyczaje, narzędzia, krajobrazy zmieniają się bezpowrotnie. Jest jednak coś, co trwa, takie, jakie było, trwa na styku muzyki i słowa.
W trakcie pracy nad tekstem dopisujemy skojarzenia o przenikaniu się dwóch rzeczywistości, sprzed stu lat i dzisiejszej, o trwaniu i dziedziczeniu biedy, o sytuacji ludzi w kryzysie bezdomności.
Wacław Sobaszek
7 września 2026